nareszcie z powrotem! dużo sie ostatnio działo, jak wiecie byłam na selectorze. obiecałam kilku osobom relację (jeśli kogoś koncert nie interesuje może spokojnie pominąć kolejne miliard linijek), więc oto ona:
interesujący nas koncert zaczynał się o godzinie 21, ale jedyną szansą na dostanie się na błonia był dla nas Sadziu (u którego zresztą nocowaliśmy i staliśmy w wannie, oraz któremu BARDZO dziękujemy!), a on mógł nas tam zawieźć tylko na 18:30..
na miejscu okazało się, że koncert odbywa się w pod namiotem (nie wiem jak można było zapomnieć..) dlatego ze pewną litością popatrzyłam na filipa targającego swoją wielką puchową kurtkę. maksymalnie podekscytowani udaliśmy się w kierunku wejścia (które oczywiście zawsze jest najdalej od miejsca, w którym stoisz), po drodze standardowo musiałam zahaczyć o toaletę, a potem już prościutko przez bramę. dostaliśmy śliczne bransoletki (ja swoją mam do dzisiaj :) i już przechodziliśmy przez bramki z ochroniarzami kiedy rozpoczęło się nasze pasmo nieszczęść. WSZYSTKO co mieliśmy w torbie musieliśmy:
a) wywalić do śmietnika
b) oddać do depozytu.
do końca życia nie zapomnę pełnej bólu miny filipa kiedy wyrzucał pełne butelki napojów. ale to i tak nic w porównaniu z tym, że ja musiałam oddać do depozytu mój aparat!!! nigdy za bardzo o tym nie wspominałam, ale ja jestem maniakiem robienia zdjęć, a nikona kocham najbardziej na świecie zaraz po filipku i rodzince (wie o tym każdy kto przez przypadek [akurat!] dotknął paluchem któregoś z moich obiektywów). ja po prostu nie potrafię się z nim rozstawać i nigdy nie daję go do ręki ludziom, których znam mniej niż siebie. a tu takie coś. prawie się rozryczałam kiedy próbowali go upchnąć do malutkiej, foliowej siatki, wyłamując przy tym obiektyw..i ja miałam zostawić im go na całą noc! i to za 10 ZŁOTYCH!!! argh...fotorelacja poszła się pierdzielić.
no nic.
zdołowani poszliśmy do namiotu. do fisherspoonera mieliśmy jeszcze 2 godziny, ale akurat wtedy koncert zaczął dizzee rascal. niby całkiem fajne beaty, ale jeśli ktoś nie gustuje w tego typu muzyce to bujanie się na ugiętych kolankach może się naprawdę szybko znudzić..po godzinie miałam autentycznie dość. niby ich koncert nie trwał długo (ok godziny), ale to marne pocieszenie bo to oznaczało, że przez kolejną godzinę nie będzie nikogo na scenie. mniej więcej w tym momencie głód zaczął doskwierać, ale mieliśmy dobre miejscówki więc nie chcieliśmy się ruszać po jedzenie. liczyliśmy, że jeśli po koncercie fiszersp. ludzie też się tak rozejdą to dobrniemy do pierwszego rzędu (byliśmy w marnym drugim). niedoczekanie. po fiszerze (którego koncert był nawiasem mówiąc rewelacyjny) zrobiło się tak ciasno, że oddychanie zaczęło sprawiać problemy..a miało być już tylko gorzej..jakieś pół godziny przed franzem było na tyle ciasno, że wycofanie się graniczyło z cudem. najśmieszniejsze było to, że pod sceną stało jakieś 10 rzędów ludzi, reszta namiotów była pusta, ale te kilkadziesiąt osób tak napierało na resztę, chcąc wcisnąć się do przodu, że w sumie zajmowaliśmy przestrzeń jakiś 5 metrów kwadratowych..musiało to dość komicznie wyglądać.
franz zaczął koncert od 'do you want to' co było praktycznie spełnieniem moich marzeń. było chyba wszystkie najlepsze kawałki ze wszystkich płyt, nawet z blood'a zagrali jedną piosenkę. przez jakiś czas miałam idealną widoczność (sam środek, rząd numer półtora) i mogłam gapić się na nich niczym się nie przejmując (nawet stanie mnie nie martwiło bo ścisk był taki, że zaklinowałam się pomiędzy ramionami ludzi i wisiałam w powietrzu), ale w końcu tłum zaczął przeginać. nie rozumiem tego. naprawdę nie można być na koncercie nikomu nie robiąc krzywdy? ludzie dosłownie się miażdżyli, ja ostatecznie oberwał tak, że nie mogłam złapać oddechu dlatego grzecznie wycofaliśmy się w dalsze rzędy. tam sytuacja było o wiele bardziej spokojna i można było sobie popatrzeć jak ludzie wszystkich pokoleń śpiewają z alexem. najlepszy moment koncertu? kiedy chłopaki zaczęli razem grać na perkusji. niby same bębny, ale muzyka wyszła z tego niesamowita! koncert był rewelacyjny i trwał prawie 2 godziny. czego chcieć więcej? może czegoś do picia..? właśnie. po koncercie dotarło do nas od ilu godzin nie mieliśmy niczego w ustach. filip poszedł kupić jakieś kiełbaski. kiedy wracał jakiś taki jakby przytłoczony wiedziałam, że to nie koniec naszego pecha. okazało się, że za jedzenie i picie można było zapłacić tylko kartami płatniczymi. karty dostawało się bezpłatnie w kasach. był tylko jeden haczyk. trzeba było je załadować za minimum 50 złotych...filip się prawie rozpłakał. oczywiście głodowaliśmy i umieraliśmy z pragnienia żeby tylko nie dać się złapać się na takie zdzierstwo. niestety przez to siły szybko nas opuściły. ja dosłownie padałam. jeszcze przez chwilę słuchaliśmy royksopp'a po czym zadzwoniliśmy do Sadzia. ledwo doczołgaliśmy się do jego auta i odjechaliśmy...
reasumując: niesamowite przeżycie, żaden z zespołów nie nawalił, słuchało się rewelacyjnie, ale ta sprawa z aparatem naprawdę mnie dobiła, szczególnie, że w trakcie koncertu stała za mną dziewczyna z jeszcze większym sprzętem...:/ no i te karty. ja rozumiem, że boją się przyjmować kasę, ale jednak...a zresztą. nevermind. franz był cudowny!
a teraz tak na zakończenie mój outfit z piątku:


sukienka: orsay
buty: stradivarius
chusta: vintage
torba: vintage
następnym razem postaram się zrobić post raczej o ciuchach ;)
aha, a post taki spóźniony bo ostatnimi dniami bawiłam się ze znajomymi na campingu :) ale o tym też jeszcze będzie.